Z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu nie może tu pojawić się nic innego jak....
Powyższy utwór otwiera 5 płytę - Illusions, Libańskiego trębacz Ibrahim'a Maalouf'a. Znakomitą płytę. Emocjonującą. Porywającą. Chyba takie płyty lubię najbardziej. Te, w które trzeba się wsłuchać. A jak już się wsłuchasz za pierwszym razem, drugim, piątym i dziesiątym, to się nagle okazuje, że nie możesz przestać i słuchasz tygodniami, aż trafisz na coś nowego, tylko po to, żeby do tej płyty powrócić za miesiąc, trzy albo i dwanaście i na nowo się zakochać. Zdecydowanie jest to jedna z takich płyt na mojej półce.
Drugi kawałek leci w tle, to teraz już będzie coraz lepiej... Czyż to nie brzmi jak wyrwane ze szpiegowskiego filmu? Ujęcie na krajobraz. Mknący pociąg. Zbliżenie. Na dachu dwóch szpiegów walczących ze sobą... Niebezpieczne czerwonouste piękności. Wielkie pieniądze. Pościgi. Intrygi. Ratowanie świata. Miłość. Ból i rozczarowanie. To wszystko mieści się w zaledwie w 50 minutach.
Jednak nie jest to typowy Bond. W końcu Maalouf nie jest Brytyjczykiem. Arabskie akcenty przewijają się wdzięcznie w tle, sprawiając, że materiał zabiera nas tak trochę w podróż w dalekie (bliskie) nieznane (albo i troszeczkę znane). Muzyk wdzięcznie lawiruje między takim utartym tradycyjnym jazzem,lekką egzotyką i mocniejszym brzmieniem.
Dajmy się porwać Maalouf'owi w ten już prawie majowy dzień. Gorąco polecam. Światowy poziom. W sam raz na dzisiejsze święto, jak i na każdy inny dzień. Album do kupienia na Google Play oraz Apple Store.
Nie mogę się postrzymać i na zakończenie jeszcze jeden utwór.
czwartek, 30 kwietnia 2015
sobota, 25 kwietnia 2015
"Thomas Was Alone - Original Soundtrack" - David Housden
Muzyka jest wszędzie. Muzyka jest czasem potrzebna. Na przykład jako podkład do gry komputerowej. Dzisiejsza płyta to właściwie soundtrack do (rewelacyjnej, skądinąd) platformówki Thomas Was Alone, pochodzącą, co dla nas ważne, od niezależnych twórców.
Ale dlaczego?
Są takie filmy, które odniosły sukces chyba tylko dzięki muzyce. Chociażby Local Hero (w Polsce emitowane bodajże jako Biznesmen i gwiazdy) nie zdobyłoby nigdy sławy, gdyby nie przyczepione do filmu nazwisko Marka Knopflera, który zapewnił nieznośnie nudnej fabule przyjemne tło akustyczne.
Nie słyszałem chyba jednak o grze, którą sprzedanoby tylko dzięki pomocy muzyki. Wiem jednak na pewno, że soundtrack do Thomas Was Alone prawdopodobnie ma także spory udział w sukcesie gry.
Należy tu podać parę faktów o samej grze. Jej twórca wziął na warsztat zużyty, jak by nie patrzeć, koncept platformówki i dał mu zupełnie nowe życie, burząc kilka utartych schematów myślowych (takich jak choćby ten, że bohater porusza się w prawo). Zrobił to łącząc dwa magiczne składniki - innowacyjność i prostotę. Bohaterami w grze są prostokąty. Mają one swoje własności, umiejętności i zasady interakcji, ale są tylko kolorowymi prostokątami. Wspominam o tym dlatego, że podobnie intrygującą mieszankę kompozytor zastosował w ścieżce dźwiękowej.
Z jednej strony kompoycje mają bardzo pełne, bogate brzmienie (jak na 'muzykę tła', oczywiście), z drugiej jednak, wpleciono w nie elementy dźwiękowe rozpoznawalne dla tych, którzy mieli okazję grać w stare gry: pomiędzy powolnymi smykami i innymi smakami syntezatora odnajdujemy, stare, dobre 8-bitowe brzmienia (choć jednak nieco ogładzone i miękko scalone z całością), których każdy amator grania na dawnym sprzęcie jeśli nawet nie lubi, to na pewno docenia.
Zdecydowałem się opowiedzieć o tej płycie z dwóch powodów: po pierwsze z powodu tego jak idealnie współgra nie tylko z klimatem gry, z przebiegiem akcji, ale wręcz pewnym sposobem myślenia związanym z grą. Nie jestem może nałogowym graczem, ale nie znam żadnej komercyjnej gry z tak dobrą ścieżką dźwiękową.
Po drugie: każdy z utwórów stanowi bardzo miłe tło akustyczne do nauki, do czytania, a nawet do zasypiania.
Po drugie: każdy z utwórów stanowi bardzo miłe tło akustyczne do nauki, do czytania, a nawet do zasypiania.
Gorąco polecam zapoznanie się z całą płytą, dostępną na bandcampie, ale najlepiej zrobić to chyba w połączeniu z samą grą.
niedziela, 19 kwietnia 2015
"old man" - |'ōgen|
Wyobraźcie sobie ciepły wiosenny poranek. Rudy kot wygrzewający się na werandzie.Słońce nisko prześwieca przez zieleniące się gałęzie. Delikatny wiatr porusza białymi płatkami. Białe obłoki leniwie suną po niebie. Takimi właśnie obrazami przemawia do nas |'ōgen| z debiutanckiej płyty old man. Świeżością soczystych owoców przeplatanej z błogim spokojem, ciepłem i
domem. W muzyce ogen'a jest coś takiego znajomego, pachnącego świeżym
chlebem, deszczem, jesiennymi liśćmi i skoszoną trawą
Za |'ōgen| stoi kanadyjski muzyk - Mathieu Holubowski. Projekt założony został w 2013 roku, jednak materiał powstał na przestrzeni paru lat podczas podróży po świecie. Album old man został wydany w lipcu 2014. Materiał poprzedza tekst:
Co tu dużo mówić. Muzyka mówi sama za siebie, zatem zapraszam wszystkich na chwilę odpoczynku w to piękne niedzielne popołudnie. Oderwijmy się na chwile od tygodniowych obowiązków. Poniedziałek dopiero jutro, więc można sobie pozwolić na godzinę ukojenia, które serwuje nam |'ōgen|.
Płyta do zdobycia Bandcampie.
“In time I'll try to be
all things to all around me”,
he said.
I replied:
“Old men with weary souls
reached far beyond their goals,
and
old men with youthful skin
are wrinkled from within, will die before they live,
and take far more
than they will ever give.”
all things to all around me”,
he said.
I replied:
“Old men with weary souls
reached far beyond their goals,
and
old men with youthful skin
are wrinkled from within, will die before they live,
and take far more
than they will ever give.”
Krążek utrzymany jest w spokojnym nastroju. Delikatna gitara przeplata się z poetyckimi tekstami. Holubowski przywiązuje dużą wagę do tekstów współgrających z muzyką jak i do oprawy graficznej całości.
Co tu dużo mówić. Muzyka mówi sama za siebie, zatem zapraszam wszystkich na chwilę odpoczynku w to piękne niedzielne popołudnie. Oderwijmy się na chwile od tygodniowych obowiązków. Poniedziałek dopiero jutro, więc można sobie pozwolić na godzinę ukojenia, które serwuje nam |'ōgen|.
Płyta do zdobycia Bandcampie.
piątek, 10 kwietnia 2015
"Tytus" - Tytus Wojnowicz
Czasami w poszukiwaniu dobrej muzyki trzeba wybrać się w małą podróż w czasie. Tak właśnie było z tą płytą - żeby odsłuchać ją ponownie musiałem trochę poszperać po domowych półkach. Stało się tak między innymi dlatego, że pierwsze próby odnalezienia jej w czeluściach internetów odniosły raczej marne skutki. Może inaczej - znalazłem, ale nie było mi dane posłuchać. Firma Sony Music dzielnie stoi na straży i opiekuje się dzisiejszą płytą - znalezienie miejsca, gdzie nagrania z tej płyty nie są poblokowane wymaga trochę wysiłku. Innymi słowy robi się wszystko, żeby ktoś tej płyty nie odkrył i nie zapragnął przypadkiem, o zgrozo, kupić. Ale na razie dość o tym, przejdźmy do tego, co piękne:
Dzisiejszy bohater - Tytus Wojnowicz - jest polskim oboistą, a omawiany dziś Tytus to jego debiutancki krążek wydany w roku 1996.
Materiał
Tytus to płyta z dosyć ciekawego, choć raczej niedocenianego obszaru muzyki, jakim jest pogranicze klasyki i muzyki nowoczesnej, szczególnie rocka. Na płycie znajdziemy zarówno kompozycje ogólnie znane, jak i oryginalne, m.in. wyżej podlinkowaną Uwerturę dla M. Jest to jeden z tych utworów, w których dzieje się coś, co trudno ogarnąć czystym rozumem - za pomocą przekazu wyłącznie muzycznego możemy osiągać stan pewnego współodczuwania z kompozytorem i wykonawcami. Tak, to w pewnym sensie na pewno złudzenie, ale zdecydowanie piękne.
Taki efekt na pewno wspomagany jest niesamowitą grą na oboju, która sprawia wrażenie absolutnie bezwysiłkowej, które to wrażenie osobiście często wiążę właśnie z największym oddziaływaniem na słuchacza. Warto tej płyty słuchać z uwagą, szkoda by było odmówić sobie tych przeżyć i słuchać jej wyłącznie jako tła do pracy. Polecam też uwadze Pejzaż trochę rockowy, z tym że nie udało mi się dotrzeć w miejsce, gdzie ten utwór byłby ogólnodostępny.
Całość nagrania jest pełna bardzo stonowanych, przemyślanych aranżacji i niesamowicie poprawia nastrój słuchacza (w miarę potrzeb, rzecz jasna). Moim jedynym zastrzeżeniem jest fakt, że Letnia kołysanka nie okazała się (przynajmniej da mnie) w żadnym stopniu usypiająca. Jeśli ktoś szuka takowego nastroju, niech lepiej spróbuje Brahmsa w deszczu.
Taki efekt na pewno wspomagany jest niesamowitą grą na oboju, która sprawia wrażenie absolutnie bezwysiłkowej, które to wrażenie osobiście często wiążę właśnie z największym oddziaływaniem na słuchacza. Warto tej płyty słuchać z uwagą, szkoda by było odmówić sobie tych przeżyć i słuchać jej wyłącznie jako tła do pracy. Polecam też uwadze Pejzaż trochę rockowy, z tym że nie udało mi się dotrzeć w miejsce, gdzie ten utwór byłby ogólnodostępny.
Całość nagrania jest pełna bardzo stonowanych, przemyślanych aranżacji i niesamowicie poprawia nastrój słuchacza (w miarę potrzeb, rzecz jasna). Moim jedynym zastrzeżeniem jest fakt, że Letnia kołysanka nie okazała się (przynajmniej da mnie) w żadnym stopniu usypiająca. Jeśli ktoś szuka takowego nastroju, niech lepiej spróbuje Brahmsa w deszczu.
Technikalia
Tym razem ograniczę się tylko do ciekawostki. Słuchając tej płyty, cały czas miałem wrażenie, że dotykały jej jakieś "znajome" ręce. Po pewnym czasie nabrałem nawet przekonania, że wiem, do kogo owe ręce należą. Przeczucie się sprawdziło: jednym z producentów omawianego fonogramu, jak również kompozytorem części materiału jest niejaki Piotr Rubik.
Kciuk w górę!
Po prostu bardzo, z całego serca polecam. To bardzo delikatna muzyka, ale śmiem twierdzić, że może poruszyć nawet największych twardzieli. Jeśli chodzi o to jak zdobyć płytę - jest to niestety trudne, bowiem jak dotąd album nie doczekał się wznowienia. Można go jednak nabyć w (stratnej, niestety) postaci cyfrowej w niektórych sklepach.czwartek, 2 kwietnia 2015
"Along the Trails of Tears" - Jack Broadbent
Zamykam oczy. Pod przymrużone powieki wdziera się złotawe światło poranka. Włosy rozwiane rześkim podmuchem. Wystawiam dłoń przez okno, bezkresne zielone doliny mijamy. W oddali góry majaczą i ciemne chmury, z których lunie deszczem jeszce przed południem, a my pijąc gorącą kawę przysłuchwiać bedziemy się kroplom deszczu mknącym po przedniej szybie. A z głośników popłynie Along the Trails of Tears.
W taką magiczną podróż zabiera mnie za każdym razem Broadbent. Włącząm jego płytę, zamykam oczy i momentalnie rozpieściara się przede mną otwarta przestrzeń. Poranna mgła na polach śpiących, jesienny sztorm, szczyty ukryte w gęstych jak śmietana chmurach, zielone wzgórza ginące w potoku złotego słońca gdzieś na horyzoncie. Przenoszę się nie tylko do Ameryki znanej z licznych filmów, ale też wszystkich miejsc, w których byłam. Ale tak na prawdę to od pierwszych dźwięków widzi się bezkresną Route 66, czy fale rozbiające się o kalifornijskie wybrzeże, zapchaną knajpkę z występami live.
Broadbent wdzięcznie lawiruje między spokojniejszymi a bardziej żywiołowymi kawałkami. Raczy nas pięknymi własnymi tekstami oraz jednym całkiem udanym coverem Canned Heat - On the Road Again. Dla mnie płyta zaczyna się od drugiego utworu, chociaż nie uważam Holdin’ za zły utwór, bo jest dobry, jednak dalej jest tylko lepiej. Na zakończenie dostajemy Along the Trail of Tears, które nie wiem czy właściwie zostało umieszczone jako ostatnie, chociaż stanowi bardzo mocny finisz i sprawia, że chcemy jeszcze więcej. Ciężko mi wymienić zdecydowanych faworytów, gdyż album jest spójną kompozycją, a utwory wydają się być ze sobą mocno związane. Jednak wydaje mi się, że wybija się wspomniane Along the Trails of Tears. Far off Galaxy, w którym poczęstowani zostajemy rewelacyjną bluesową gitarą (nie żeby w innych kawałkach tego brakowało), oraz Big Black Boat, które za każdym razem sprawia, że o każdej porze mam ochotę wstać wyjść z domu i biegać, wpatrywać się w gwiazdy, nacieszyć oczy pięknem wiosennego świata.
Album polecam nie tylko miłośnikom bluesa. Zachęcam wszystkich do wybrania się w podróż, na którą zaprasza nas Jack Broadbent. Wierzcie mi, nie pożałujecie.
Do kupienia (i pełnego odsłuchania) na Bandcampie muzyka, oraz Googleplay.
Subskrybuj:
Posty (Atom)