Letnie popołudnie w ogrodzie. Temperatura w sam raz, żaden upał. Rozciągamy się pod drzewem. Zimna lemoniada w szklance obok intensywnie miętą pachnie. Wysoka, dawno nieprzycinana trawa łaskocze w stopy. Leniwie płyną minuty, tak leniwie jak obłoki na niebie, leniwie jak zielone liście gruszy nad głową. Jeszcze tylko truskawki w misce obok. I odtwarzacz z....
Kings of Convenience nie jest nowym odkryciem. Zajmują zaszczytne miejsce (wśród dziesiątek innych wykonawców) na mojej top liście. Ale przypadkiem wpadłam na ich płytę dziś na półce i postanowiłam podzielić się. Norweski duet ma niesamowity talent do zamykania tych wspaniałych letnich miesięcy na płytach. Zarówno tych długich dni niezachodzącego słońca, jak i wietrznych i deszczowych. Pachnących lemoniadą, słońcem, jeziorem i zabawą z przyjaciółmi. Zabawne, bo ta nagle zimna, odległa i ciemna Norwegia, staje się niesamowicie ciepła, bliska i nieuchwytna w swojej delikatności.
Akustyczne albumy Norwegów stanowią idealne połączenie żywych, wesołych piosenek z przezabawnym tekstem, z tymi wolniejszymi, troszkę może smętnymi, ale równie pięknymi utworami. Dobrze się słucha w ciemne zimowe dni, przy ciasteczkach, kocyku i herbacie. Ale no oczywiście też w te letnie pełne słońca, ciepła i zieleni za oknem. Polecam wszystkim serdecznie.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
piątek, 4 grudnia 2015
Stacey Kent - Tenderly (i nie tylko)
Taak, trochę mnie tu nie było. Trochę za dużo na głowie, ale teraz już mam nadzieję zaglądać tu więcej.
Ale do rzeczy. Właśnie ukazała się nowa płyta amerkańskiej wokalistki jazzowej Stacey Kent - Tenderly, co daje doskonałą okazję do porozpływania się nad jej postacią.
Tak, załączony link jest z vevo, co trochę się kłóci z założeniami o niehołdowaniu wytwórniom itd,, jednakże przy takim materiale po prostu nie wolno z takich powodów kręcić nosem. Zresztą, niby wytwórniana, a dziś nie udało mi się kupić tej płyty w niemałym EMPiKu (jak również nie zdołałem odnaleźć pustego miejsca po wyprzedanych kopiach).
Nie bardzo wiem, jak mógłbym przekoywać do tej muzyki. Przy zachowaniu choćby minimum wrażliwości trudno nie dostrzec ile treści Stacey Kent przenosi swoim delikatnym, a jednak jakże dynamicznym i ekspresyjnym głosem. Widziałem już wiele osób, które, choć nie były miłośnikami jazzu, zakochiwali się w tych piosenkach.
Dlatego zamiast przesładzać więcej (wybaczcie, inaczej po prostu nie umiem), wybieram kilka piosenek, które w mojej opinii powinny niezawodnie Was uwieść.
Tym którzy wytrwali i chcą więcej polecam koncert w studiu im. Agnieszki Osieckiej z czwartku, oraz wypatrywanie kolejnych koncertów (dzisiejszy w był po prostu niesamowity). Stacey wspominała dziś na scenie w Palladium, że jest szansa na spotkanie z nią w Polsce już w przyszłym roku.
Ale do rzeczy. Właśnie ukazała się nowa płyta amerkańskiej wokalistki jazzowej Stacey Kent - Tenderly, co daje doskonałą okazję do porozpływania się nad jej postacią.
Nie bardzo wiem, jak mógłbym przekoywać do tej muzyki. Przy zachowaniu choćby minimum wrażliwości trudno nie dostrzec ile treści Stacey Kent przenosi swoim delikatnym, a jednak jakże dynamicznym i ekspresyjnym głosem. Widziałem już wiele osób, które, choć nie były miłośnikami jazzu, zakochiwali się w tych piosenkach.
Dlatego zamiast przesładzać więcej (wybaczcie, inaczej po prostu nie umiem), wybieram kilka piosenek, które w mojej opinii powinny niezawodnie Was uwieść.
Tym którzy wytrwali i chcą więcej polecam koncert w studiu im. Agnieszki Osieckiej z czwartku, oraz wypatrywanie kolejnych koncertów (dzisiejszy w był po prostu niesamowity). Stacey wspominała dziś na scenie w Palladium, że jest szansa na spotkanie z nią w Polsce już w przyszłym roku.
poniedziałek, 9 listopada 2015
Naxatras - Naxatras
Poniedziałkowy poranek. Miasto budzi się do życia. 8 rano jeszcze nie do końca jasno sie zrobiło. Światła migają. Zaspani ludzie energetycznie przemykają między budynkami, skuleni przed jesiennym wiatrem. Migają światła kierunkowskazów. Miga zielone dla pieszych. Przejeżdża kolejne metro. Ludzi jak mrówek. Za godzinę zrobi się luźniej.
Wieczorem wkraczamy my. Świeży dziarskim krokiem pokonujemy deszczowe ulice, na których tańczą światła sygnalizacji. Niecierpliwi, czekamy na kolejkę. Byle by się ruszać. Przemieszczać. Wiecznie gdzieś gnać. Bo to wyłącza złe myśli. Zatapiamy się w migającym za oknem miejskim świecie. Uciekających cieniach drzew i budynków. Zapominamy na chwilę o problemach i wielkich niewiadomych świata młodości.
Taka jest ta płyta. Odrywa na chwilę od rzeczywistości. Zabiera w dalekie zakątki naszych myśli. Naxatras - album selftitled greckiego zespołu psychodelic rock. Płyta świeżutka - tegoroczna, ale nagrana analogowo. Polecam wszystkim fanom oldschoolowej psychodeli, a fani muzyki progressywnej myślę też znajdą coś dla siebie.
+ Tak, owszem wielki powrót :)
Wieczorem wkraczamy my. Świeży dziarskim krokiem pokonujemy deszczowe ulice, na których tańczą światła sygnalizacji. Niecierpliwi, czekamy na kolejkę. Byle by się ruszać. Przemieszczać. Wiecznie gdzieś gnać. Bo to wyłącza złe myśli. Zatapiamy się w migającym za oknem miejskim świecie. Uciekających cieniach drzew i budynków. Zapominamy na chwilę o problemach i wielkich niewiadomych świata młodości.
Taka jest ta płyta. Odrywa na chwilę od rzeczywistości. Zabiera w dalekie zakątki naszych myśli. Naxatras - album selftitled greckiego zespołu psychodelic rock. Płyta świeżutka - tegoroczna, ale nagrana analogowo. Polecam wszystkim fanom oldschoolowej psychodeli, a fani muzyki progressywnej myślę też znajdą coś dla siebie.
+ Tak, owszem wielki powrót :)
wtorek, 30 czerwca 2015
"In Your Brain" - Monophonics
Sesja pokonana, projekty oddane, zatem nadszedł czas, żeby odkurzyć wszystko co nazbierało się zewsząd, ułożyć i podać Wam drodzy czytelnicy. Na pierwszy ogień idzie płyta, którą odkryłam parę miesięcy temu i miała tu od razu zawitać, jednak los zrządził inaczej. Ale w końcu tadam!
Zespół odkryłam zupełnym przypadkiem szukając różnych wersji piosenki Bang Bang (ale o tym innym razem). Utwór jest rewelacyjny. Bezsprzecznie uważam go za jedna z najlepszych wersji, która bije na głowę oryginał Cher. Tym co mnie uderzyło przy pierwszym kontakcie z Monophonics, jest niesamowity klimat ich muzyki. Mieszanka funk'u, soul'u i psychodeli. Bardzo udana. A w to właśnie idealnie wpasowuje się klimatem Bang Bang lata 60-te, 70-te.
Sama muzyka Monophonics jest dla mnie niezmiernie soczysta, wyrazista w smaku, jak letnie owoce. Czy zielona trawa w świetle nadchodzącej burzy. Owszem jest ciężka i gęsta, jak upalny wilgotny dzień, ale nie jest pozbawiona lekkości i wdzięku. Momentami słuchając In Your Brain nasuwały mi się raczej skojarzenia z filmem noir, albo bezkresnymi polami, mustangami, jeździcami ruszającymi w pogoń zostawiając za sobą chmurę pyłu.....
Co by nie powiedzieć z pewnością jest to muzyka w jakiś sposób dźgająca nasza leniwą wyobraźnię. Doskonała na wiosenne dni, gdy tylko się oczekuje tych cieplejszych i dłuższych dni. I na te letnie upały. Do pracy, żeby trochę nas popchnąć do przodu i do popołudniowego deseru na zasłużoną chwilkę lenistwa. Polecam wszystkim, płyta warta poświęcenia chwili uwagi.
Zespół odkryłam zupełnym przypadkiem szukając różnych wersji piosenki Bang Bang (ale o tym innym razem). Utwór jest rewelacyjny. Bezsprzecznie uważam go za jedna z najlepszych wersji, która bije na głowę oryginał Cher. Tym co mnie uderzyło przy pierwszym kontakcie z Monophonics, jest niesamowity klimat ich muzyki. Mieszanka funk'u, soul'u i psychodeli. Bardzo udana. A w to właśnie idealnie wpasowuje się klimatem Bang Bang lata 60-te, 70-te.
Sama muzyka Monophonics jest dla mnie niezmiernie soczysta, wyrazista w smaku, jak letnie owoce. Czy zielona trawa w świetle nadchodzącej burzy. Owszem jest ciężka i gęsta, jak upalny wilgotny dzień, ale nie jest pozbawiona lekkości i wdzięku. Momentami słuchając In Your Brain nasuwały mi się raczej skojarzenia z filmem noir, albo bezkresnymi polami, mustangami, jeździcami ruszającymi w pogoń zostawiając za sobą chmurę pyłu.....
Co by nie powiedzieć z pewnością jest to muzyka w jakiś sposób dźgająca nasza leniwą wyobraźnię. Doskonała na wiosenne dni, gdy tylko się oczekuje tych cieplejszych i dłuższych dni. I na te letnie upały. Do pracy, żeby trochę nas popchnąć do przodu i do popołudniowego deseru na zasłużoną chwilkę lenistwa. Polecam wszystkim, płyta warta poświęcenia chwili uwagi.
niedziela, 21 czerwca 2015
Soundmarines przedstawia: Mark Knopfler
Drodzy! Nastała sesja. Sesja i jej okolice czasowe mają to do siebie, że uniemożliwiają przesłuchanie jakiejkolwiek płyty wystarczająco rzetelnie żeby się nią tutaj podzielić. Ale Dorota przekonała mnie, żebym zrobił coś innego i tu wrzucił, jako taki przerywnik na czas kiedy nie ma szans na normalne recenzje.
A co to takiego?
A jest to przygotowana przeze mnie, całkowicie subiektywnie, lista 15 kawałków, które mają Was przekonać do muzyki Marka Knopflera. Oczywiscie dla mnie 15 to dosyć ciasno, ale postarałem się żeby była muzyka z różnych obszarów i zawsze w ciekawym wykonaniu. Więc nie przeskakujcie Sultans of Swing, gdy je rozpoznacie, naprawdę postarałem się o wykonanie tak soczyste, że zaskoczy nawet znawców tematu. Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą: zdecydowanie warto też przysłuchiwać się tekstom.
niedziela, 24 maja 2015
"Slow Snow" - Tore Brunborg
No dobrze, bez bicia przyznam, że płyta jest wytwórniana. Ale niszowa, poza tym są wytfurnie i Wytwórnie. Bohaterem wieczoru jest Tore Brunborg, saksofonista i kompozytor z Trondheim i jego płyta Slow Snow.
Materiał
Nie wiem czemu w wideo powyżej wybrano widok z okna samochodu. Ja w tej płycie słyszę las, gdzieś w górach, przykryty porządnie grubą zimową kołdrą, która cały czas przyrasta od świeżego śniegu.
Kawał zaprawdę smacznie podanego jazzu. Choć, jak pisałem kiedyś, zadziwia mnie spektrum możliwości standardowego jazzowego trio, to jednak lubię gdy się je czymś w przyjemny sposób dopełni. Ta płyta folguje tej zachciance w stu procentach. Trudno jednak powiedzieć, żeby kompozytor swoim saksofonem zdominował tę płytę.
Płyta rzeczywiście przypomina las: spokojny, ale zawsze żywy, przyjazny, ale nie pozbawiony tajemnic. Więcej nie opowiem, tajemnice trzeba odnajdywać samemu.
Technikalia
Nagrane i zmiksowane przyjemnie i interesująco. Natomiast mastering... Coś za głośno. Zawsze w płytach jazzowych cieszyła mnie porządna dynamika. W porównaniu z rockiem płyta przystaje jeszcze gdzieś do lat 80-tych, więc tragedii niby nie ma, ale wolałbym w tej płycie usłyszeć więcej.
Kciuk w górę!
Niech moje techniczne czepialstwo Was nie zniechęci! Naprawdę warto zainteresować się tą płytą. Może jeśli niedługo zrobi się upalnie, komuś przyda się taka nieco zimowa płyta.
wtorek, 12 maja 2015
" I'd Rather be dead "- Blas Picón & The Junk Express
Dziś na stole ląduje zupełnie świeżutki, cieplutki i niezwykle intensywnie pachnący najnowszy, ba! wczorajszy, krążek Blas Picón & The Junk Express I'd Rather be dead. Może tak dla odmiany zacznę cofając się prawie o 3 lata, gdy miałam przyjemność być na koncercie Blasa i Junk Express na Toruń Blues Meeting 2012. Ogromną przyjemność. Panowie z Barcelony na scenie pojawili się w...ogrodniczkach. Taki robotniczy look - ciemne ogrodniczki, biała koszulka i kaszkiet. Grali fantastycznie i tamtego wieczoru zrobili na mnie najlepsze wrażenie. Zatem cóż innego mogłam począć, gdy zobaczyłam wczoraj, że wydali nową płytę. Ano tylko posłuchać, dobry piąty raz już leci, i polecić - bo jest co.
Hiszpańskie trio gra takiego bluesa jakiego lubię. Szorstkiego. Chropowatego. Ciężkiego. Gorącego. Hipnotyzującego gitarą i harmonijką. Panowie sami o sobie piszą, że są rozpędzonym pociągiem na torach bluesa i nie boją się wykolejenia. I fakt, coś w tym jest. Odważne brzmienia, jednak jakieś takie znajome.
Zatem nie powiem, że stanowi to odkrycie roku, nowość, czy uwielbianą obecnie innowację. Stary(nowy) dobry blues i już. O tym nie trzeba opowiadać, trzeba po prostu posłuchać i pozwolić sobie na wieczór przy odrobinie dobrej muzyki (i masą pracy w moim przypadku).
Ostatnio tak jakoś wychodzi, że tak tylko niebiesko z mojej strony, ale cóż poradzić, gdy taka muzyka jest idealna do nawału końcowo-semestralnej pracy.
Hiszpańskie trio gra takiego bluesa jakiego lubię. Szorstkiego. Chropowatego. Ciężkiego. Gorącego. Hipnotyzującego gitarą i harmonijką. Panowie sami o sobie piszą, że są rozpędzonym pociągiem na torach bluesa i nie boją się wykolejenia. I fakt, coś w tym jest. Odważne brzmienia, jednak jakieś takie znajome.
Zatem nie powiem, że stanowi to odkrycie roku, nowość, czy uwielbianą obecnie innowację. Stary(nowy) dobry blues i już. O tym nie trzeba opowiadać, trzeba po prostu posłuchać i pozwolić sobie na wieczór przy odrobinie dobrej muzyki (i masą pracy w moim przypadku).
Ostatnio tak jakoś wychodzi, że tak tylko niebiesko z mojej strony, ale cóż poradzić, gdy taka muzyka jest idealna do nawału końcowo-semestralnej pracy.
poniedziałek, 11 maja 2015
"Painkiller" - Lomo
Ta płyta chwilę musiała z różnych przyczyn poleżeć, zanim zabrałem się do pisania tego tekstu. Ale to nie szkodzi, a wręcz przeciwnie - fakt, że przetrwała próbę czasu upewnia mnie w przekonaniu, że to dobry kandydat na kolejną "bohaterkę".
Materiał
Nie lubię klasyfikacji gatunkowej, bo najciekawsze rzeczy, zawsze wymykają się schematom. Dlatego klasycznie udam, że nikt nie widzi i powiem po prostu, że płytę tę umieścił bym gdzieś pomiędzy Davidem Holmesem (jeśli nie wiesz, Czytelniku, któż on: polecam soundtrack do Ocean's 12) a Gotan Project. Jeśli kojarzycie, o jakiej muzyce mowa, musicie wiedzieć, że mieszanka jest obiecująca.
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem płyt "dopychanych", gdzie niektóre kawałki istnieją tylko po to, żeby zgadzała się liczba minut. Lubię za to bardzo płyty takie jak ta: włączona od dowolnego punktu niezmiennie cieszy ucho. Materiał jest zresztą dosć żywiołowy - nie używałbym tego raczej jako kołysanki. Z drugiej jednak strony - płyty bardzo dobrze słucha się późną nocą, w absolutnej Ciszy.
Jeśli ktoś ma ochotę na przyjemną dawkę enegrii w postacji muzyki raczej niż mocnej kawy - bardzo polecam.
Technikalia
Bardzo porządnie zrobiona płyta. Czysto nagrana, przemyślana. Doczepiłbym się tylko do zbyt mocno, jak na mój gust, wyeksponowanego basu - miejscami płyta troszkę dudni.Kciuk w górę!
Polecam do kawy. Polecam zamiast kawy. Polecam na dzień. Uważałbym w nocy.
sobota, 2 maja 2015
One for my baby and one more for the road
W tą słoneczną sobotę spod sterty projektów wychodzę tym razem z nieco inną propozycją.
8tracks'owy miks, który sprawia, że mam ochotę rzucić wszystko, siąść za kierownicą i pojechać.
12 pysznych kawałków; blues, southern rock, trochę bluegrass. Wśród wykonawców min. Clapton, Greatful Dead, The Doors i inni. Zachęcam do słuchania. Miłego popołudnia C:
8tracks'owy miks, który sprawia, że mam ochotę rzucić wszystko, siąść za kierownicą i pojechać.
12 pysznych kawałków; blues, southern rock, trochę bluegrass. Wśród wykonawców min. Clapton, Greatful Dead, The Doors i inni. Zachęcam do słuchania. Miłego popołudnia C:
czwartek, 30 kwietnia 2015
'Illusions' - Ibrahim Maalouf
Z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu nie może tu pojawić się nic innego jak....
Powyższy utwór otwiera 5 płytę - Illusions, Libańskiego trębacz Ibrahim'a Maalouf'a. Znakomitą płytę. Emocjonującą. Porywającą. Chyba takie płyty lubię najbardziej. Te, w które trzeba się wsłuchać. A jak już się wsłuchasz za pierwszym razem, drugim, piątym i dziesiątym, to się nagle okazuje, że nie możesz przestać i słuchasz tygodniami, aż trafisz na coś nowego, tylko po to, żeby do tej płyty powrócić za miesiąc, trzy albo i dwanaście i na nowo się zakochać. Zdecydowanie jest to jedna z takich płyt na mojej półce.
Drugi kawałek leci w tle, to teraz już będzie coraz lepiej... Czyż to nie brzmi jak wyrwane ze szpiegowskiego filmu? Ujęcie na krajobraz. Mknący pociąg. Zbliżenie. Na dachu dwóch szpiegów walczących ze sobą... Niebezpieczne czerwonouste piękności. Wielkie pieniądze. Pościgi. Intrygi. Ratowanie świata. Miłość. Ból i rozczarowanie. To wszystko mieści się w zaledwie w 50 minutach.
Jednak nie jest to typowy Bond. W końcu Maalouf nie jest Brytyjczykiem. Arabskie akcenty przewijają się wdzięcznie w tle, sprawiając, że materiał zabiera nas tak trochę w podróż w dalekie (bliskie) nieznane (albo i troszeczkę znane). Muzyk wdzięcznie lawiruje między takim utartym tradycyjnym jazzem,lekką egzotyką i mocniejszym brzmieniem.
Dajmy się porwać Maalouf'owi w ten już prawie majowy dzień. Gorąco polecam. Światowy poziom. W sam raz na dzisiejsze święto, jak i na każdy inny dzień. Album do kupienia na Google Play oraz Apple Store.
Nie mogę się postrzymać i na zakończenie jeszcze jeden utwór.
Powyższy utwór otwiera 5 płytę - Illusions, Libańskiego trębacz Ibrahim'a Maalouf'a. Znakomitą płytę. Emocjonującą. Porywającą. Chyba takie płyty lubię najbardziej. Te, w które trzeba się wsłuchać. A jak już się wsłuchasz za pierwszym razem, drugim, piątym i dziesiątym, to się nagle okazuje, że nie możesz przestać i słuchasz tygodniami, aż trafisz na coś nowego, tylko po to, żeby do tej płyty powrócić za miesiąc, trzy albo i dwanaście i na nowo się zakochać. Zdecydowanie jest to jedna z takich płyt na mojej półce.
Drugi kawałek leci w tle, to teraz już będzie coraz lepiej... Czyż to nie brzmi jak wyrwane ze szpiegowskiego filmu? Ujęcie na krajobraz. Mknący pociąg. Zbliżenie. Na dachu dwóch szpiegów walczących ze sobą... Niebezpieczne czerwonouste piękności. Wielkie pieniądze. Pościgi. Intrygi. Ratowanie świata. Miłość. Ból i rozczarowanie. To wszystko mieści się w zaledwie w 50 minutach.
Jednak nie jest to typowy Bond. W końcu Maalouf nie jest Brytyjczykiem. Arabskie akcenty przewijają się wdzięcznie w tle, sprawiając, że materiał zabiera nas tak trochę w podróż w dalekie (bliskie) nieznane (albo i troszeczkę znane). Muzyk wdzięcznie lawiruje między takim utartym tradycyjnym jazzem,lekką egzotyką i mocniejszym brzmieniem.
Dajmy się porwać Maalouf'owi w ten już prawie majowy dzień. Gorąco polecam. Światowy poziom. W sam raz na dzisiejsze święto, jak i na każdy inny dzień. Album do kupienia na Google Play oraz Apple Store.
Nie mogę się postrzymać i na zakończenie jeszcze jeden utwór.
sobota, 25 kwietnia 2015
"Thomas Was Alone - Original Soundtrack" - David Housden
Muzyka jest wszędzie. Muzyka jest czasem potrzebna. Na przykład jako podkład do gry komputerowej. Dzisiejsza płyta to właściwie soundtrack do (rewelacyjnej, skądinąd) platformówki Thomas Was Alone, pochodzącą, co dla nas ważne, od niezależnych twórców.
Ale dlaczego?
Są takie filmy, które odniosły sukces chyba tylko dzięki muzyce. Chociażby Local Hero (w Polsce emitowane bodajże jako Biznesmen i gwiazdy) nie zdobyłoby nigdy sławy, gdyby nie przyczepione do filmu nazwisko Marka Knopflera, który zapewnił nieznośnie nudnej fabule przyjemne tło akustyczne.
Nie słyszałem chyba jednak o grze, którą sprzedanoby tylko dzięki pomocy muzyki. Wiem jednak na pewno, że soundtrack do Thomas Was Alone prawdopodobnie ma także spory udział w sukcesie gry.
Należy tu podać parę faktów o samej grze. Jej twórca wziął na warsztat zużyty, jak by nie patrzeć, koncept platformówki i dał mu zupełnie nowe życie, burząc kilka utartych schematów myślowych (takich jak choćby ten, że bohater porusza się w prawo). Zrobił to łącząc dwa magiczne składniki - innowacyjność i prostotę. Bohaterami w grze są prostokąty. Mają one swoje własności, umiejętności i zasady interakcji, ale są tylko kolorowymi prostokątami. Wspominam o tym dlatego, że podobnie intrygującą mieszankę kompozytor zastosował w ścieżce dźwiękowej.
Z jednej strony kompoycje mają bardzo pełne, bogate brzmienie (jak na 'muzykę tła', oczywiście), z drugiej jednak, wpleciono w nie elementy dźwiękowe rozpoznawalne dla tych, którzy mieli okazję grać w stare gry: pomiędzy powolnymi smykami i innymi smakami syntezatora odnajdujemy, stare, dobre 8-bitowe brzmienia (choć jednak nieco ogładzone i miękko scalone z całością), których każdy amator grania na dawnym sprzęcie jeśli nawet nie lubi, to na pewno docenia.
Zdecydowałem się opowiedzieć o tej płycie z dwóch powodów: po pierwsze z powodu tego jak idealnie współgra nie tylko z klimatem gry, z przebiegiem akcji, ale wręcz pewnym sposobem myślenia związanym z grą. Nie jestem może nałogowym graczem, ale nie znam żadnej komercyjnej gry z tak dobrą ścieżką dźwiękową.
Po drugie: każdy z utwórów stanowi bardzo miłe tło akustyczne do nauki, do czytania, a nawet do zasypiania.
Po drugie: każdy z utwórów stanowi bardzo miłe tło akustyczne do nauki, do czytania, a nawet do zasypiania.
Gorąco polecam zapoznanie się z całą płytą, dostępną na bandcampie, ale najlepiej zrobić to chyba w połączeniu z samą grą.
niedziela, 19 kwietnia 2015
"old man" - |'ōgen|
Wyobraźcie sobie ciepły wiosenny poranek. Rudy kot wygrzewający się na werandzie.Słońce nisko prześwieca przez zieleniące się gałęzie. Delikatny wiatr porusza białymi płatkami. Białe obłoki leniwie suną po niebie. Takimi właśnie obrazami przemawia do nas |'ōgen| z debiutanckiej płyty old man. Świeżością soczystych owoców przeplatanej z błogim spokojem, ciepłem i
domem. W muzyce ogen'a jest coś takiego znajomego, pachnącego świeżym
chlebem, deszczem, jesiennymi liśćmi i skoszoną trawą
Za |'ōgen| stoi kanadyjski muzyk - Mathieu Holubowski. Projekt założony został w 2013 roku, jednak materiał powstał na przestrzeni paru lat podczas podróży po świecie. Album old man został wydany w lipcu 2014. Materiał poprzedza tekst:
Co tu dużo mówić. Muzyka mówi sama za siebie, zatem zapraszam wszystkich na chwilę odpoczynku w to piękne niedzielne popołudnie. Oderwijmy się na chwile od tygodniowych obowiązków. Poniedziałek dopiero jutro, więc można sobie pozwolić na godzinę ukojenia, które serwuje nam |'ōgen|.
Płyta do zdobycia Bandcampie.
“In time I'll try to be
all things to all around me”,
he said.
I replied:
“Old men with weary souls
reached far beyond their goals,
and
old men with youthful skin
are wrinkled from within, will die before they live,
and take far more
than they will ever give.”
all things to all around me”,
he said.
I replied:
“Old men with weary souls
reached far beyond their goals,
and
old men with youthful skin
are wrinkled from within, will die before they live,
and take far more
than they will ever give.”
Krążek utrzymany jest w spokojnym nastroju. Delikatna gitara przeplata się z poetyckimi tekstami. Holubowski przywiązuje dużą wagę do tekstów współgrających z muzyką jak i do oprawy graficznej całości.
Co tu dużo mówić. Muzyka mówi sama za siebie, zatem zapraszam wszystkich na chwilę odpoczynku w to piękne niedzielne popołudnie. Oderwijmy się na chwile od tygodniowych obowiązków. Poniedziałek dopiero jutro, więc można sobie pozwolić na godzinę ukojenia, które serwuje nam |'ōgen|.
Płyta do zdobycia Bandcampie.
piątek, 10 kwietnia 2015
"Tytus" - Tytus Wojnowicz
Czasami w poszukiwaniu dobrej muzyki trzeba wybrać się w małą podróż w czasie. Tak właśnie było z tą płytą - żeby odsłuchać ją ponownie musiałem trochę poszperać po domowych półkach. Stało się tak między innymi dlatego, że pierwsze próby odnalezienia jej w czeluściach internetów odniosły raczej marne skutki. Może inaczej - znalazłem, ale nie było mi dane posłuchać. Firma Sony Music dzielnie stoi na straży i opiekuje się dzisiejszą płytą - znalezienie miejsca, gdzie nagrania z tej płyty nie są poblokowane wymaga trochę wysiłku. Innymi słowy robi się wszystko, żeby ktoś tej płyty nie odkrył i nie zapragnął przypadkiem, o zgrozo, kupić. Ale na razie dość o tym, przejdźmy do tego, co piękne:
Dzisiejszy bohater - Tytus Wojnowicz - jest polskim oboistą, a omawiany dziś Tytus to jego debiutancki krążek wydany w roku 1996.
Materiał
Tytus to płyta z dosyć ciekawego, choć raczej niedocenianego obszaru muzyki, jakim jest pogranicze klasyki i muzyki nowoczesnej, szczególnie rocka. Na płycie znajdziemy zarówno kompozycje ogólnie znane, jak i oryginalne, m.in. wyżej podlinkowaną Uwerturę dla M. Jest to jeden z tych utworów, w których dzieje się coś, co trudno ogarnąć czystym rozumem - za pomocą przekazu wyłącznie muzycznego możemy osiągać stan pewnego współodczuwania z kompozytorem i wykonawcami. Tak, to w pewnym sensie na pewno złudzenie, ale zdecydowanie piękne.
Taki efekt na pewno wspomagany jest niesamowitą grą na oboju, która sprawia wrażenie absolutnie bezwysiłkowej, które to wrażenie osobiście często wiążę właśnie z największym oddziaływaniem na słuchacza. Warto tej płyty słuchać z uwagą, szkoda by było odmówić sobie tych przeżyć i słuchać jej wyłącznie jako tła do pracy. Polecam też uwadze Pejzaż trochę rockowy, z tym że nie udało mi się dotrzeć w miejsce, gdzie ten utwór byłby ogólnodostępny.
Całość nagrania jest pełna bardzo stonowanych, przemyślanych aranżacji i niesamowicie poprawia nastrój słuchacza (w miarę potrzeb, rzecz jasna). Moim jedynym zastrzeżeniem jest fakt, że Letnia kołysanka nie okazała się (przynajmniej da mnie) w żadnym stopniu usypiająca. Jeśli ktoś szuka takowego nastroju, niech lepiej spróbuje Brahmsa w deszczu.
Taki efekt na pewno wspomagany jest niesamowitą grą na oboju, która sprawia wrażenie absolutnie bezwysiłkowej, które to wrażenie osobiście często wiążę właśnie z największym oddziaływaniem na słuchacza. Warto tej płyty słuchać z uwagą, szkoda by było odmówić sobie tych przeżyć i słuchać jej wyłącznie jako tła do pracy. Polecam też uwadze Pejzaż trochę rockowy, z tym że nie udało mi się dotrzeć w miejsce, gdzie ten utwór byłby ogólnodostępny.
Całość nagrania jest pełna bardzo stonowanych, przemyślanych aranżacji i niesamowicie poprawia nastrój słuchacza (w miarę potrzeb, rzecz jasna). Moim jedynym zastrzeżeniem jest fakt, że Letnia kołysanka nie okazała się (przynajmniej da mnie) w żadnym stopniu usypiająca. Jeśli ktoś szuka takowego nastroju, niech lepiej spróbuje Brahmsa w deszczu.
Technikalia
Tym razem ograniczę się tylko do ciekawostki. Słuchając tej płyty, cały czas miałem wrażenie, że dotykały jej jakieś "znajome" ręce. Po pewnym czasie nabrałem nawet przekonania, że wiem, do kogo owe ręce należą. Przeczucie się sprawdziło: jednym z producentów omawianego fonogramu, jak również kompozytorem części materiału jest niejaki Piotr Rubik.
Kciuk w górę!
Po prostu bardzo, z całego serca polecam. To bardzo delikatna muzyka, ale śmiem twierdzić, że może poruszyć nawet największych twardzieli. Jeśli chodzi o to jak zdobyć płytę - jest to niestety trudne, bowiem jak dotąd album nie doczekał się wznowienia. Można go jednak nabyć w (stratnej, niestety) postaci cyfrowej w niektórych sklepach.czwartek, 2 kwietnia 2015
"Along the Trails of Tears" - Jack Broadbent
Zamykam oczy. Pod przymrużone powieki wdziera się złotawe światło poranka. Włosy rozwiane rześkim podmuchem. Wystawiam dłoń przez okno, bezkresne zielone doliny mijamy. W oddali góry majaczą i ciemne chmury, z których lunie deszczem jeszce przed południem, a my pijąc gorącą kawę przysłuchwiać bedziemy się kroplom deszczu mknącym po przedniej szybie. A z głośników popłynie Along the Trails of Tears.
W taką magiczną podróż zabiera mnie za każdym razem Broadbent. Włącząm jego płytę, zamykam oczy i momentalnie rozpieściara się przede mną otwarta przestrzeń. Poranna mgła na polach śpiących, jesienny sztorm, szczyty ukryte w gęstych jak śmietana chmurach, zielone wzgórza ginące w potoku złotego słońca gdzieś na horyzoncie. Przenoszę się nie tylko do Ameryki znanej z licznych filmów, ale też wszystkich miejsc, w których byłam. Ale tak na prawdę to od pierwszych dźwięków widzi się bezkresną Route 66, czy fale rozbiające się o kalifornijskie wybrzeże, zapchaną knajpkę z występami live.
Broadbent wdzięcznie lawiruje między spokojniejszymi a bardziej żywiołowymi kawałkami. Raczy nas pięknymi własnymi tekstami oraz jednym całkiem udanym coverem Canned Heat - On the Road Again. Dla mnie płyta zaczyna się od drugiego utworu, chociaż nie uważam Holdin’ za zły utwór, bo jest dobry, jednak dalej jest tylko lepiej. Na zakończenie dostajemy Along the Trail of Tears, które nie wiem czy właściwie zostało umieszczone jako ostatnie, chociaż stanowi bardzo mocny finisz i sprawia, że chcemy jeszcze więcej. Ciężko mi wymienić zdecydowanych faworytów, gdyż album jest spójną kompozycją, a utwory wydają się być ze sobą mocno związane. Jednak wydaje mi się, że wybija się wspomniane Along the Trails of Tears. Far off Galaxy, w którym poczęstowani zostajemy rewelacyjną bluesową gitarą (nie żeby w innych kawałkach tego brakowało), oraz Big Black Boat, które za każdym razem sprawia, że o każdej porze mam ochotę wstać wyjść z domu i biegać, wpatrywać się w gwiazdy, nacieszyć oczy pięknem wiosennego świata.
Album polecam nie tylko miłośnikom bluesa. Zachęcam wszystkich do wybrania się w podróż, na którą zaprasza nas Jack Broadbent. Wierzcie mi, nie pożałujecie.
Do kupienia (i pełnego odsłuchania) na Bandcampie muzyka, oraz Googleplay.
niedziela, 29 marca 2015
"White Grain of Coffee" - Przemysław Strączek International Group
Do najciekawczych odkryć muzycznych zawsze potrzeba sporej dawki szczęścia. Tak było i tym razem - dzisiejszego bohatera odkryłem na koncercie, na którym miało mnie nie być, i nie ze względu na niego się tam znalazłem. Znalazłem się tam dlatego, że później występowało trio Włodka Pawlika. Był to niewątpliwie występ piękny i niezapomniany, ale równie dokładnie zapamiętam występ, który go poprzedził.
W zasadzie wiadomo, że cała sala czeka na występ zdobywcy Grammy. Jakże by inaczej? Niecierpliwość widać po wielu wśród zgromadzonych. Ale zasady festiwalu są jasne: tego wieczoru odbędą się dwa równoprawne występy. Na szczęście (moje i wszystkich widzów), bo szkoda by było nie dokonać tego odkrycia.
Na scenę wychodzi troszkę niepozornie wyglądający facet z gitarą, który właśnie wrócił z UK, gdzie promował swoją nową płytę White Grain of Coffee, i zaczyna czarować.
Opowiem tu o tej konkretnej płycie, ale warto się przyjrzeć dorobkowi pana Strączka szerzej.
Materiał
Standardowe, jazzowe trio + gitara pana Strączka, okazjonalnie saksofon tenorowy i dodatkowy żeński wokal. Choć mogłoby się wydawać, że możliwości takich składów są ograniczone, to współczesny jazz cały czas udowadnia, że jest jeszcze wiele do powiedzenia w tym temacie. Również tą płytą.
Zarówno na żywo, jak i na płycie, gitara pięknie wypełnia przestrzeń utworu. Próżno szukać tu nad wyraz rozbudowanych technicznych popisów, które w ostatczności dla osób nie grających na gitarze stają się wręcz trudne do słuchania (jeśli ktoś miał okazję posłuchać np. Pata Metheny'ego na żywo, to wie, o czym mówię). Choć nierzadko przesterowane, brzmienie gitary jest przyjemnie miękkie. Kojarzy się to zresztą (przynajmniej mnie) z (dobrze parzoną) kawą, której smak, mimo że często bardzo intensywny, ma swój niepowtarzalny urok i można go mieszać z innymi. Z takim mieszaniem mamy zresztą do czynienia - popisowo gra cały zespół, niesamowicie dobrze współpracując.
Płyta brzmi delikatnie, choć nie jest pozbawiona energii. Zaryzykowałbym nawet polecenie jej komuś, kto od jazzu raczej trzyma się z dala. Słuchając ma się przyjemne poczucie uczestniczenia nie tylko w utworze, ale w pewnej opowieści (lub raczej serii krótkich opowiadań), choć nie pada tam ani jedno słowo - sama kompozycja wystarcza.
Kciuk w górę!
Polecam bardzo gorąco. Nie jest konieczne silne skupianie się nad tą płytą, uważam jednak, że warto. Warto też rozejrzeć się za innymi płytami p. Strączka, są równie godne polecenia. Podobno można tę płytę kupić w sklepie, ale nie liczyłbym, że pytając o nią spotkalibyśmy się ze zrozumieniem, dlatego polecam raczej zajrzenie na bandcampa.
środa, 25 marca 2015
"Lullaby and... The Ceaseless Roar" - Robert Plant
Lullaby and... The Ceaseless Roar jest 10 solowym studyjnym albumem Roberta Planta (wokalisty legendarnego zespołu Led Zeppelin, uznanego za jednego z największych wokalistów w historii rocka) i pierwszym studyjnym z zespołem The Sensational Space Shifters.
Po zapowiadającym najnowszy krążek Planta, singlu Rainbow, spodziewałam się czegoś innego. Czego? Ciężko powiedzieć, może czegoś w stylu Dreamland, ale na pewno nie tego co nam zostało dane. A co właściwie dostaliśmy?
Również trudno opisać to jednym słowem. Najbardziej adekwatne aczkowlwiek niewyrafinowane, które przychodzi mi na myśl, to magiczny i coś w tym jest. Jednak mam mieszane uczucia co do tego albumu. Słuchając go po raz pierwszy, nie mogłam i nie chciałam uwierzyć w to co słyszę. Musiałam się poddać, nie byłam w stanie wysłuchać nawet paru piosenek. Wtedy bym powiedziała TRAGIEDIA (tak dokładnie capslockim).
Jednak postanowiłam dać Plantowi jeszcze jedną szansę, a następnie jeszcze jedną i kolejną, i kolejną. Z każdym następnym odsłuchaniem muzyka stawała się coraz bardziej przyjemna dla ucha, chociaż otwierający utówr Little Maggie, który osobiście uważam za najsłabszy z całej płyty, nadal jest momentami męczący. Lullaby jest niesamowitą mieszanką mistrzowskiego głosu Planta, bluesa, folku, rocka, bluegrassu, ciężkiego brzmienia, muzyki elektronicznej i jeszcze paru innych rzeczy, których nie jestem w stanie nazwać. Mieszanką, która o dziwo się sprawdza, przynajmniej w większości, bo wciąż pozostają dla mnie ciężkie momenty, takie jak już wspomniana wcześniej Little Maggie, Pocketful of Golden, czy Arbaden (Maggie's Baby) z elektronicznym intro, cięższym brzmieniem i afrykańskimi motywami, który przypomina mi pewien niezbyt udany koncert, na który nieszczęście miałam trafić.
Jednak na płycie znajdują się także utwory, które niezmiernie przypadły mi do gustu. A Stolen Kiss jest jednym z nich. Piękny melancholijny kawałek. Hipnotyzujący Embrace Another Fall, House of Love, czy Turn It Up pobrzmiewający jakoś tak znajomo Zeppelinami.
Plant po raz kolejny serwuje nam niezwykle ciekawy materiał, coś czego myślę się nie spodziewaliśmy. Niesamowitą mieszankę, która miejscami przypomina mi spektakularne produkcje Dead Can Dance. Suma summarum krążek polecam mimo, iż nie jest łatwą płytą, a wręcz brutalną w pierwszym starciu i potrzeba czasu, żeby ją pokochać (albo i całkowicie znienawidzić), jednak zachęcam wszystkich by dali jej szansę, bo te wysokie recenzje i miejsce wśród 50 najlepszych albumów 2014 musiały się przecież z czegoś wziąć ;D
piątek, 20 marca 2015
"Tracker" - Mark Knopfler
Po dwóch latach z wąsem doczekaliśmy się kolejnego albumu Marka Knopflera. To już jego ósme solowe wydawnictwo, czwarte nagrane w jego własnych British Grove Studios w Londynie. Podstawowa wersja albumu zawiera jedenaście nowych kompozycji, poza tym w ramach opcji ‘Deluxe’ możemy dostać kolejnych pięć utworów.
Tracker, bo taką nosi nazwę, jest w pewnym sensie płytą wytwórnianą, stąd odczuwam potrzebę usprawiedliwienia pisania o niej tutaj. Pierwszy powód jest bardzo prosty - Mark Knopfler jest dla mnie, osobiście, bardzo ważną postacią i nie mógłbym tak po prostu pominąć tej płyty. Drugi powód jest już trochę lepszy - Knopfler jest osobą, która z czasem zdobyła sobie swoją niezależność w świecie muzycznym - swoje płyty nagrywa we własnym studio, samemu decydując o wszystkim, samemu dobierając współpracowników. Rola wytwórni sprowadza się do wytłoczenia i sprzedawania płyty. Jestem skłonny się zakładać, że gdyby nie fenomen Dire Straits, utwory Knopflera wykopywalibyśmy dziś z czeluści Bandcampa. To, co teraz nagrywa Mark, ciężko zresztą nazwać popkulturą.
Materiał
Jeśli ktoś nadal liczy na płytę “Marka Knopflera z Dire Straits”, niech posłucha singlowego utworu Beryl, po czym zakończy przygodę z Trackerem. Dire Straits już nie ma i nie będzie; cała reszta materiału jest dla tych, którzy się z tym pogodzili. Nie znaczy to, że uważny słuchacz nie odnajdzie śladów direstraitsowości. Są.
Płyta jest nad wyraz spokojna. Na tyle, że zapewne wielu nazwie ją “rzępoleniem starego nudziarza” (to bodaj jeden z bardziej wyeksploatowanych zarzutów wobec Knopflera). Faktycznie - jeśli ktoś potrzebuje “czadu”, to niech wróci do tej płyty kiedy indziej, ponieważ Beryl jest zdecydowanie najbardziej energicznym utworem z całości. Nie jest to płyta dla każdego, ale tym, którzy przystają na powyższe warunki wstępne, MK dostarcza jedenastu, jak zwykle bardzo dokładnie przemyślanych, pięknie podanych kompozycji. Część z nich opowiada osobiste historie doświadczone przez Knopflera w młodości (Laughs and Jokes and Drinks and Smokes, Basil), część dotyczy historii, z którymi zetknął się później (River Towns, Beryl), czy idei, które z różnych przyczyn utknęły mu w głowie (Wherever I Go).
Aranżacje są nieco bardziej oszczędne niż choćby na ostatnim krążku, Privateering. Nie sposób jednak nie wspomnieć o udziale Ruth Moody, której wokale zostały pięknie “wlane” w brzmienie utworów, w odpowiednich momentach wspierając wokal samego Knopflera i zmiękczając odpowiednie fragmenty. Sam Mark występuje na płycie w roli tytułowego Trackera - tropiciela i sprawozdawcy historii; nie ma na płycie epickich gitarowych solówek, takich jak w Brothers in Arms czy Telegraph Road, co nie znaczy, że miejscami Mark nie przypomina, jak sprawnie posługuje się gitarą, jak zwykle jednak nigdy nie gra choćby jednego dźwięku więcej, niż prosi o to piosenka.
Technikalia
Nie jestem godzien się tu wychylać ze swoimi twierdzeniami, produkcja jest zbyt nieskazitelna. Dla zainteresowanych powiem tylko, że mastering został wykonany przez Boba Ludwiga odpowiedzialnego niegdyś za mastering albumu Brothers in Arms, i jest równie arcydzielny.
Kciuk w górę. Dużo kciuków.
Nie mogło być inaczej. Jeśli ktoś nie szuka muzyki na głośną imprezę, a raczej czegoś pasującego do chwili wyciszenia i refleksji, niemożliwym jest, aby ten album go rozczarował. Jest to świetna płyta, jeśli chcemy trochę odpocząć od codziennego zgiełku i trochę zwolnić, przy okazji rozmyślając o ciekawych historiach. Może też służyć za przyjemne tło “do wszystkiego”. W poszukiwaniu płyty tym razem odsyłam na sklepowe półki. Są też jeszcze resztki biletów na koncert w Krakowie, planowany na 13 lipca.
czwartek, 19 marca 2015
July Talk
Weźmy niski, chropowaty głos, dodajmy lekki dziewczęcy, oraz ostrą gitarę momentami rodem z utworów Jack'a White'a i voila, przepis na sukces, czyli July Talk. Kandyjski zespół założony przez Peter'a Dreimanis'a (wokal + gitara) i Leah Fay (wokal) w 2012 roku. Team uzupełniają Ian Docherty (gitara), Josh Warburton (bass) oraz Danny Miles (perkusja). Myślę, że z powodzeniem można wrzucić ich do szufladki alternative/indie rock.
Parę miesięcy temu w odmętach youtuba trafiłam na Paper Girl i bingo. Przez parę następnych tygodni nie miałam dość. Debiutacki album - July Talk (2012), jest energetycznym krążkiem, zapowiadającym się całkiem nieźle już od pierwszych sekund. Utwory od początku do końca tworzą jakąś taką zgrabną całość, bez zbędnych przerw między utowarami, z mocny kopem, który troszkę popuszcza pod koniec, a zespół pokazuje, że z wolniejszymi kawałkami też sobie świetnie radzi. Słuchając całości (i oglądajac teledyski) ma się wrażenie (słuszne jak wynika z wywiadów), że cały image July Talk opiera się na kontraście. Chropowaty głos Petera i delikatny Leahy splatają się w magicznym dialogu prowadzonym między wokalistami.
Krążek zdecydowanie polecam. Ciekawy materiał, chociażby z uwagi na to niecodzienne połączenie wokalne, a przede wszystkim przyjemny dla ucha. Dla mnie dobry i do biegania i do czytania. ;>
niedziela, 15 marca 2015
"Compass" - Polly O'Keary & The Rhythm Method
Dla raptusów:
Jeśli czytelnikowi się spieszy, uwadze polecam: Fools Gold (1), Summer (2), Your Honor (4), Losing You Again (9) (w takiej właśnie kolejności).
Materiał
Polly O’Keary jest basitką i wokalistką z Seattle. Compass to już trzeci album wydany pod szyldem Polly O’Keary and The Rhythm Method. Płytę wydali własnymi siłami, rozprowadzana jest przez internet. W kwestii klasyfikacji gatunkowej wykonam unik i zacytuję autorów: “blues/funk/gospel/r&b/rock”.
Albumu dobrze się słucha jako całości, o co nie zawsze łatwo. Nie jest to jedna z płyt, które mają dwie lub trzy ciekawe piosenki, a pozostałe służą jedynie dopełnieniu nośnika. Tutaj ewidentnie już podczas powstawania materiału postarano się, aby odsłuchanie było kompletną podróżą, z pełnym pakietem miłych wrażeń po drodze.
Od samego początku odnosi się wrażenie, że głos wokalistki brzmi znajomo, miejscami niemal do złudzenia przypomina Dani Klein z Vaya con Dios. Szczególnie jeden z utworów, Your Honor, mógłby z powodzeniem niepostrzeżenie wślizgnąć się na płytę belgijskiej grupy. Na tym jednak nie poprzestano - nie jest to bynajmniej płyta naśladowcza. Oprócz bardzo miłego dla ucha wokalu pani O’Keary serwuje nam ciekawe partie basowe. Miejscami, poza podstawową instrumentacją, słuchanie umilają zgrabnie wykorzystane instrumenty dęte. Miejscami można odnieść wrażenie, że piosenki są nieco przydługie, zdecydowanie jednak nie do tego stopnia, by stały się męczące.
Co również miłe - piosenki nie są o niczym. Bliżej zaprzyjaźnieni z językiem angielskim odnajdą na tej płycie również interesującą treść pozamuzyczną. Płyta pasuje do pełnego wachlarza nastrojów - pojawiają się kompozycje o wesołej tematyce (np. Summer), ale podejmowana jest też nieco bardziej przygnębiajaca tematyka (Losing You Again).
Technikalia
Bardzo miłe zaskoczenie. Każda piosenka jest ewidentnie dokładnie przemyślana, uwaga słuchacza jest prowadzona bardzo starannie, niemal “za rączkę” przez zamierzoną ściezkę.
Również kątem rozwiazań w miksie płyta przypomina czasem Vaya Con Dios, ale zdecydowanie działa to na jej korzyść. Zawodowi recenzenci powiedzieliby, że nie jest pozbawiona niedoskonałości, ale moim zdaniem nie są one zbyt istotne i nie ma ich wcale tak wiele.
Summa summarum, płyta, mimo iż nie pochodzi z wielkiej wytwórni, jest naprawdę porządnie wyprodukowana. Miłym zaskoczeniem jest także mastering. Obecna w utworach dynamika nigdzie nie została zatracona na rzecz głośności, bardzo skutecznie przeniesiono “na taśmę” głębię brzmienia zespołu.
Kciuk w górę!
Bardzo ciekawa, ożywcza płyta. Znakomicie wciąga słuchacza, puszczając dopiero z ostatnim dźwiękiem. Myślę, że może sprawdzić się dobrze w nasze szare wieczory, skutecznie ratując nastrój. Całości można całkowicie za darmo wysłuchać bandcampowej stronie zespołu, tam też można nabyć album w formie cyfrowej lub na kompakcie.
sobota, 14 marca 2015
Casus belli
To chyba jest właściwy czas i miejsce, żeby uzasadnić egzystencję tej strony. Otóż spieszymy: Jesteśmy, jak wielu, wielbicielami dobrej muzyki. Muzyki różnej, muzyki łatwej, muzyki trudnej, muzyki lekkiej i muzyki ciężkiej, muzyki wszelkiej, ale dobrej. Ale wierzymy też że świat muzyki rozciąga się dalej niż półka w najbliższym sklepie z kompaktami. Jeśli jeszcze w to nie wierzycie, chcielibyśmy Wam w tym pomóc.
Wierzymy (ba, wiemy) bowiem, że w tak zwanych czeluściach internetów kryje się pełno pięknej muzyki która tylko czeka, żeby ktoś ją odkrył; muzyka którą mało kto odkrywa, bo nie stoi za nią armia marketingowców, tylko artyści, którym być może nawet jeszcze nie zwróciła się kwota, którą wydali na studio. Taką (choć potencjalnie nie tylko taką) muzykę postaramy się tutaj dla was wyłuskać, sprawdzić, a na końcu gotową podać w komplecie z krótką choćby recenzją. Czasem może przypomnimy zapomniane już, acz godne uwagi płyty.
Być może nie zawsze będziemy obiektywni, czasem poddamy się własnym upodobaniom, zachciankom itp. ale postaramy się, aby każdy mógł tu zajrzeć i znaleźć coś dla siebie.
Pierwsze odkrycia już niebawem, zapraszamy za dni parę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)