niedziela, 29 marca 2015

"White Grain of Coffee" - Przemysław Strączek International Group

Do najciekawczych odkryć muzycznych zawsze potrzeba sporej dawki szczęścia. Tak było i tym razem - dzisiejszego bohatera odkryłem na koncercie, na którym miało mnie nie być, i nie ze względu na niego się tam znalazłem. Znalazłem się tam dlatego, że później występowało trio Włodka Pawlika. Był to niewątpliwie występ piękny i niezapomniany, ale równie dokładnie zapamiętam występ, który go poprzedził.



W zasadzie wiadomo, że cała sala czeka na występ zdobywcy Grammy. Jakże by inaczej? Niecierpliwość widać po wielu wśród zgromadzonych. Ale zasady festiwalu są jasne: tego wieczoru odbędą się dwa równoprawne występy. Na szczęście (moje i wszystkich widzów), bo szkoda by było nie dokonać tego odkrycia.

Na scenę wychodzi troszkę niepozornie wyglądający facet z gitarą, który właśnie wrócił z UK, gdzie promował swoją nową płytę White Grain of Coffee,  i zaczyna czarować.
Opowiem tu o tej konkretnej płycie, ale warto się przyjrzeć dorobkowi pana Strączka szerzej.

Materiał

Standardowe, jazzowe trio + gitara pana Strączka, okazjonalnie saksofon tenorowy i dodatkowy żeński wokal. Choć mogłoby się wydawać, że możliwości takich składów są ograniczone, to współczesny jazz cały czas udowadnia, że jest jeszcze wiele do powiedzenia w tym temacie. Również tą płytą. 

Zarówno na żywo, jak i na płycie, gitara pięknie wypełnia przestrzeń utworu. Próżno szukać tu nad wyraz rozbudowanych technicznych popisów, które w ostatczności dla osób nie grających na gitarze stają się wręcz trudne do słuchania (jeśli ktoś miał okazję posłuchać np. Pata Metheny'ego na żywo, to wie, o czym mówię). Choć nierzadko przesterowane, brzmienie gitary jest przyjemnie miękkie. Kojarzy się to zresztą (przynajmniej mnie) z (dobrze parzoną) kawą, której smak, mimo że często bardzo intensywny, ma swój niepowtarzalny urok i można go mieszać z innymi. Z takim mieszaniem mamy zresztą do czynienia - popisowo gra cały zespół, niesamowicie dobrze współpracując. 

Płyta brzmi delikatnie, choć nie jest pozbawiona energii. Zaryzykowałbym nawet polecenie jej komuś, kto od jazzu raczej trzyma się z dala. Słuchając ma się przyjemne poczucie uczestniczenia nie tylko w utworze, ale w pewnej opowieści (lub raczej serii krótkich opowiadań), choć nie pada tam ani jedno słowo - sama kompozycja wystarcza.

Kciuk w górę!

Polecam bardzo gorąco. Nie jest konieczne silne skupianie się nad tą płytą, uważam jednak, że warto. Warto też rozejrzeć się za innymi płytami p. Strączka, są równie godne polecenia. Podobno można tę płytę kupić w sklepie, ale nie liczyłbym, że pytając o nią spotkalibyśmy się ze zrozumieniem, dlatego polecam raczej zajrzenie na bandcampa.


środa, 25 marca 2015

"Lullaby and... The Ceaseless Roar" - Robert Plant


Lullaby and... The Ceaseless Roar jest 10 solowym studyjnym albumem Roberta Planta (wokalisty legendarnego zespołu Led Zeppelin, uznanego za jednego z największych wokalistów w historii rocka) i pierwszym studyjnym z zespołem The Sensational Space Shifters.




Po zapowiadającym najnowszy krążek Planta, singlu Rainbow, spodziewałam się czegoś innego. Czego? Ciężko powiedzieć, może czegoś w stylu Dreamland, ale na pewno nie tego co nam zostało dane. A co właściwie dostaliśmy?
Również trudno opisać to jednym słowem. Najbardziej adekwatne aczkowlwiek niewyrafinowane, które przychodzi mi na myśl, to magiczny i coś w tym jest. Jednak mam mieszane uczucia co do tego albumu. Słuchając go po raz pierwszy, nie mogłam i nie chciałam uwierzyć w to co słyszę. Musiałam się poddać, nie byłam w stanie wysłuchać nawet paru piosenek. Wtedy bym powiedziała TRAGIEDIA (tak dokładnie capslockim).
Jednak postanowiłam dać Plantowi jeszcze jedną szansę, a następnie jeszcze jedną i kolejną, i kolejną. Z każdym następnym odsłuchaniem muzyka stawała się coraz bardziej przyjemna dla ucha, chociaż otwierający utówr Little Maggie, który osobiście uważam za najsłabszy z całej płyty, nadal jest momentami męczący. Lullaby jest niesamowitą mieszanką mistrzowskiego głosu Planta, bluesa, folku, rocka, bluegrassu, ciężkiego brzmienia, muzyki elektronicznej i jeszcze paru innych rzeczy, których nie jestem w stanie nazwać. Mieszanką, która o dziwo się sprawdza, przynajmniej w większości, bo wciąż pozostają dla mnie ciężkie momenty, takie jak już wspomniana wcześniej Little Maggie, Pocketful of Golden, czy Arbaden (Maggie's Baby) z elektronicznym intro, cięższym brzmieniem i afrykańskimi motywami, który przypomina mi pewien niezbyt udany koncert, na który nieszczęście miałam trafić.



Jednak na płycie znajdują się także utwory, które niezmiernie przypadły mi do gustu. A Stolen Kiss jest jednym z nich. Piękny melancholijny kawałek. Hipnotyzujący Embrace Another Fall, House of Love, czy Turn It Up pobrzmiewający jakoś tak znajomo Zeppelinami.




Plant po raz kolejny serwuje nam niezwykle ciekawy materiał, coś czego myślę się nie spodziewaliśmy. Niesamowitą mieszankę, która miejscami przypomina mi spektakularne produkcje Dead Can Dance. Suma summarum krążek polecam mimo, iż nie jest łatwą płytą, a wręcz brutalną w pierwszym starciu i potrzeba czasu, żeby ją pokochać (albo i całkowicie znienawidzić), jednak zachęcam wszystkich by dali jej szansę, bo te wysokie recenzje i miejsce wśród 50 najlepszych albumów 2014 musiały się przecież z czegoś wziąć ;D

piątek, 20 marca 2015

"Tracker" - Mark Knopfler

Po dwóch latach z wąsem doczekaliśmy się kolejnego albumu Marka Knopflera. To już jego ósme solowe wydawnictwo, czwarte nagrane w jego własnych British Grove Studios w Londynie. Podstawowa wersja albumu zawiera jedenaście nowych kompozycji, poza tym w ramach opcji ‘Deluxe’ możemy dostać kolejnych pięć utworów.



Tracker, bo taką nosi nazwę, jest w pewnym sensie płytą wytwórnianą, stąd odczuwam potrzebę usprawiedliwienia pisania o niej tutaj. Pierwszy powód jest bardzo prosty - Mark Knopfler jest dla mnie, osobiście, bardzo ważną postacią i nie mógłbym tak po prostu pominąć tej płyty. Drugi powód jest już trochę lepszy - Knopfler jest osobą, która z czasem zdobyła sobie swoją niezależność w świecie muzycznym - swoje płyty nagrywa we własnym studio, samemu decydując o wszystkim, samemu dobierając współpracowników. Rola wytwórni sprowadza się do wytłoczenia i sprzedawania płyty. Jestem skłonny się zakładać, że gdyby nie fenomen Dire Straits, utwory Knopflera wykopywalibyśmy dziś z czeluści Bandcampa. To, co teraz nagrywa Mark, ciężko zresztą nazwać popkulturą.


Materiał

Jeśli ktoś nadal liczy na płytę “Marka Knopflera z Dire Straits”, niech posłucha singlowego utworu Beryl, po czym zakończy przygodę z Trackerem. Dire Straits już nie ma i nie będzie; cała reszta materiału jest dla tych, którzy się z tym pogodzili. Nie znaczy to, że uważny słuchacz nie odnajdzie śladów direstraitsowości. Są.


Płyta jest nad wyraz spokojna. Na tyle, że zapewne wielu nazwie ją “rzępoleniem starego nudziarza” (to bodaj jeden z bardziej wyeksploatowanych zarzutów wobec Knopflera). Faktycznie - jeśli ktoś potrzebuje “czadu”, to niech wróci do tej płyty kiedy indziej, ponieważ Beryl jest zdecydowanie najbardziej energicznym utworem z całości. Nie jest to płyta dla każdego, ale tym, którzy przystają na powyższe warunki wstępne, MK dostarcza jedenastu, jak zwykle bardzo dokładnie przemyślanych, pięknie podanych kompozycji. Część z nich opowiada osobiste historie doświadczone przez Knopflera w młodości (Laughs and Jokes and Drinks and Smokes, Basil), część dotyczy historii, z którymi zetknął się później (River Towns, Beryl), czy idei, które z różnych przyczyn utknęły mu w głowie (Wherever I Go). 



Aranżacje są nieco bardziej oszczędne niż choćby na ostatnim krążku, Privateering. Nie sposób jednak nie wspomnieć o udziale Ruth Moody, której wokale zostały pięknie “wlane” w brzmienie utworów, w odpowiednich momentach wspierając wokal samego Knopflera i zmiękczając odpowiednie fragmenty. Sam Mark występuje na płycie w roli tytułowego Trackera - tropiciela i sprawozdawcy historii; nie ma na płycie epickich gitarowych solówek, takich jak w Brothers in Arms czy Telegraph Road, co nie znaczy, że miejscami Mark nie przypomina, jak sprawnie posługuje się gitarą, jak zwykle jednak nigdy nie gra choćby jednego dźwięku więcej, niż prosi o to piosenka.


Technikalia

Nie jestem godzien się tu wychylać ze swoimi twierdzeniami, produkcja jest zbyt nieskazitelna. Dla zainteresowanych powiem tylko, że mastering został wykonany przez Boba Ludwiga odpowiedzialnego niegdyś za mastering albumu Brothers in Arms, i jest równie arcydzielny.




Kciuk w górę. Dużo kciuków.

Nie mogło być inaczej. Jeśli ktoś nie szuka muzyki na głośną imprezę, a raczej czegoś pasującego do chwili wyciszenia i refleksji, niemożliwym jest, aby ten album go rozczarował. Jest to świetna płyta, jeśli chcemy trochę odpocząć od codziennego zgiełku i trochę zwolnić, przy okazji rozmyślając o ciekawych historiach. Może też służyć za przyjemne tło “do wszystkiego”. W poszukiwaniu płyty tym razem odsyłam na sklepowe półki. Są też jeszcze resztki biletów na koncert w Krakowie, planowany na 13 lipca.

czwartek, 19 marca 2015

July Talk

Weźmy niski, chropowaty głos, dodajmy lekki dziewczęcy, oraz ostrą gitarę momentami rodem z utworów Jack'a White'a i voila, przepis na sukces, czyli July Talk. Kandyjski zespół założony przez Peter'a Dreimanis'a (wokal + gitara) i Leah Fay (wokal) w 2012 roku. Team uzupełniają Ian Docherty (gitara), Josh Warburton (bass) oraz Danny Miles (perkusja). Myślę, że z powodzeniem można wrzucić ich do szufladki alternative/indie rock.







Parę miesięcy temu w odmętach youtuba trafiłam na Paper Girl i bingo. Przez parę następnych tygodni nie miałam dość. Debiutacki album - July Talk (2012), jest energetycznym krążkiem, zapowiadającym się całkiem nieźle już od pierwszych sekund. Utwory od początku do końca tworzą jakąś taką zgrabną całość, bez zbędnych przerw między utowarami, z mocny kopem, który troszkę popuszcza pod koniec, a zespół pokazuje, że z wolniejszymi kawałkami też sobie świetnie radzi. Słuchając całości (i oglądajac teledyski) ma się wrażenie (słuszne jak wynika z wywiadów), że cały image July Talk opiera się na kontraście. Chropowaty głos Petera i delikatny Leahy splatają się w magicznym dialogu prowadzonym między wokalistami.


Krążek zdecydowanie polecam. Ciekawy materiał, chociażby z uwagi na to niecodzienne połączenie wokalne, a przede wszystkim przyjemny dla ucha. Dla mnie dobry i do biegania i do czytania. ;>


niedziela, 15 marca 2015

"Compass" - Polly O'Keary & The Rhythm Method

Dla raptusów:

Jeśli czytelnikowi się spieszy, uwadze polecam: Fools Gold (1), Summer (2), Your Honor (4), Losing You Again (9) (w takiej właśnie kolejności).





Materiał

Polly O’Keary jest basitką i wokalistką z Seattle. Compass to już trzeci album wydany pod szyldem Polly O’Keary and The Rhythm Method. Płytę wydali własnymi siłami, rozprowadzana jest przez internet. W kwestii klasyfikacji gatunkowej wykonam unik i zacytuję autorów: “blues/funk/gospel/r&b/rock”.

Albumu dobrze się słucha jako całości, o co nie zawsze łatwo. Nie jest to jedna z płyt, które mają dwie lub ­trzy ciekawe piosenki, a pozostałe służą jedynie dopełnieniu nośnika. Tutaj ewidentnie już podczas powstawania materiału postarano się, aby odsłuchanie było kompletną podróżą, z pełnym pakietem miłych wrażeń po drodze.

Od samego początku odnosi się wrażenie, że głos wokalistki brzmi znajomo, miejscami niemal do złudzenia przypomina Dani Klein z Vaya con Dios. Szczególnie jeden z utworów, Your Honor, mógłby z powodzeniem niepostrzeżenie wślizgnąć się na płytę belgijskiej grupy. Na tym jednak nie poprzestano -­ nie jest to bynajmniej płyta naśladowcza. Oprócz bardzo miłego dla ucha wokalu pani O’Keary serwuje nam ciekawe partie basowe. Miejscami, poza podstawową instrumentacją, słuchanie umilają zgrabnie wykorzystane instrumenty dęte. Miejscami można odnieść wrażenie, że piosenki są nieco przydługie, zdecydowanie jednak nie do tego stopnia, by stały się męczące.


Co również miłe ­- piosenki nie są o niczym. Bliżej zaprzyjaźnieni z językiem angielskim odnajdą na tej płycie również interesującą treść pozamuzyczną. Płyta pasuje do pełnego wachlarza nastrojów -­ pojawiają się kompozycje o wesołej tematyce (np. Summer), ale podejmowana jest też nieco bardziej przygnębiajaca tematyka (Losing You Again).

Technikalia

Bardzo miłe zaskoczenie. Każda piosenka jest ewidentnie dokładnie przemyślana, uwaga słuchacza jest prowadzona bardzo starannie, niemal “za rączkę” przez zamierzoną ściezkę.                     

Również kątem rozwiazań w miksie płyta przypomina czasem Vaya Con Dios, ale zdecydowanie działa to na jej korzyść. Zawodowi recenzenci powiedzieliby, że nie jest pozbawiona niedoskonałości, ale moim zdaniem nie są one zbyt istotne i nie ma ich wcale tak wiele.

Summa summarum, płyta, mimo iż nie pochodzi z wielkiej wytwórni, jest naprawdę porządnie wyprodukowana. Miłym zaskoczeniem jest także mastering. Obecna w utworach dynamika nigdzie nie została zatracona na rzecz głośności, bardzo skutecznie przeniesiono “na taśmę” głębię brzmienia zespołu.

Kciuk w górę!

Bardzo ciekawa, ożywcza płyta. Znakomicie wciąga słuchacza, puszczając dopiero z ostatnim dźwiękiem. Myślę, że może sprawdzić się dobrze w nasze szare wieczory, skutecznie ratując nastrój. Całości można całkowicie za darmo wysłuchać bandcampowej stronie zespołu, tam też można nabyć album w formie cyfrowej lub na kompakcie.

sobota, 14 marca 2015

Casus belli

To chyba jest właściwy czas i miejsce, żeby uzasadnić egzystencję tej strony. Otóż spieszymy: Jesteśmy, jak wielu, wielbicielami dobrej muzyki. Muzyki różnej, muzyki łatwej, muzyki trudnej, muzyki lekkiej i muzyki ciężkiej, muzyki wszelkiej, ale dobrej. Ale wierzymy też że świat muzyki rozciąga się dalej niż półka w najbliższym sklepie z kompaktami. Jeśli jeszcze w to nie wierzycie, chcielibyśmy Wam w tym pomóc.


Wierzymy (ba, wiemy) bowiem, że w tak zwanych czeluściach internetów kryje się pełno pięknej muzyki która tylko czeka, żeby ktoś ją odkrył; muzyka którą mało kto odkrywa, bo nie stoi za nią armia marketingowców, tylko artyści, którym być może nawet jeszcze nie zwróciła się kwota, którą wydali na studio. Taką (choć potencjalnie nie tylko taką) muzykę postaramy się tutaj dla was wyłuskać, sprawdzić, a na końcu gotową podać w komplecie z krótką choćby recenzją. Czasem może przypomnimy zapomniane już, acz godne uwagi płyty.


Być może nie zawsze będziemy obiektywni, czasem poddamy się własnym upodobaniom, zachciankom itp. ale postaramy się, aby każdy mógł tu zajrzeć i znaleźć coś dla siebie.

Pierwsze odkrycia już niebawem, zapraszamy za dni parę.