piątek, 20 marca 2015

"Tracker" - Mark Knopfler

Po dwóch latach z wąsem doczekaliśmy się kolejnego albumu Marka Knopflera. To już jego ósme solowe wydawnictwo, czwarte nagrane w jego własnych British Grove Studios w Londynie. Podstawowa wersja albumu zawiera jedenaście nowych kompozycji, poza tym w ramach opcji ‘Deluxe’ możemy dostać kolejnych pięć utworów.



Tracker, bo taką nosi nazwę, jest w pewnym sensie płytą wytwórnianą, stąd odczuwam potrzebę usprawiedliwienia pisania o niej tutaj. Pierwszy powód jest bardzo prosty - Mark Knopfler jest dla mnie, osobiście, bardzo ważną postacią i nie mógłbym tak po prostu pominąć tej płyty. Drugi powód jest już trochę lepszy - Knopfler jest osobą, która z czasem zdobyła sobie swoją niezależność w świecie muzycznym - swoje płyty nagrywa we własnym studio, samemu decydując o wszystkim, samemu dobierając współpracowników. Rola wytwórni sprowadza się do wytłoczenia i sprzedawania płyty. Jestem skłonny się zakładać, że gdyby nie fenomen Dire Straits, utwory Knopflera wykopywalibyśmy dziś z czeluści Bandcampa. To, co teraz nagrywa Mark, ciężko zresztą nazwać popkulturą.


Materiał

Jeśli ktoś nadal liczy na płytę “Marka Knopflera z Dire Straits”, niech posłucha singlowego utworu Beryl, po czym zakończy przygodę z Trackerem. Dire Straits już nie ma i nie będzie; cała reszta materiału jest dla tych, którzy się z tym pogodzili. Nie znaczy to, że uważny słuchacz nie odnajdzie śladów direstraitsowości. Są.


Płyta jest nad wyraz spokojna. Na tyle, że zapewne wielu nazwie ją “rzępoleniem starego nudziarza” (to bodaj jeden z bardziej wyeksploatowanych zarzutów wobec Knopflera). Faktycznie - jeśli ktoś potrzebuje “czadu”, to niech wróci do tej płyty kiedy indziej, ponieważ Beryl jest zdecydowanie najbardziej energicznym utworem z całości. Nie jest to płyta dla każdego, ale tym, którzy przystają na powyższe warunki wstępne, MK dostarcza jedenastu, jak zwykle bardzo dokładnie przemyślanych, pięknie podanych kompozycji. Część z nich opowiada osobiste historie doświadczone przez Knopflera w młodości (Laughs and Jokes and Drinks and Smokes, Basil), część dotyczy historii, z którymi zetknął się później (River Towns, Beryl), czy idei, które z różnych przyczyn utknęły mu w głowie (Wherever I Go). 



Aranżacje są nieco bardziej oszczędne niż choćby na ostatnim krążku, Privateering. Nie sposób jednak nie wspomnieć o udziale Ruth Moody, której wokale zostały pięknie “wlane” w brzmienie utworów, w odpowiednich momentach wspierając wokal samego Knopflera i zmiękczając odpowiednie fragmenty. Sam Mark występuje na płycie w roli tytułowego Trackera - tropiciela i sprawozdawcy historii; nie ma na płycie epickich gitarowych solówek, takich jak w Brothers in Arms czy Telegraph Road, co nie znaczy, że miejscami Mark nie przypomina, jak sprawnie posługuje się gitarą, jak zwykle jednak nigdy nie gra choćby jednego dźwięku więcej, niż prosi o to piosenka.


Technikalia

Nie jestem godzien się tu wychylać ze swoimi twierdzeniami, produkcja jest zbyt nieskazitelna. Dla zainteresowanych powiem tylko, że mastering został wykonany przez Boba Ludwiga odpowiedzialnego niegdyś za mastering albumu Brothers in Arms, i jest równie arcydzielny.




Kciuk w górę. Dużo kciuków.

Nie mogło być inaczej. Jeśli ktoś nie szuka muzyki na głośną imprezę, a raczej czegoś pasującego do chwili wyciszenia i refleksji, niemożliwym jest, aby ten album go rozczarował. Jest to świetna płyta, jeśli chcemy trochę odpocząć od codziennego zgiełku i trochę zwolnić, przy okazji rozmyślając o ciekawych historiach. Może też służyć za przyjemne tło “do wszystkiego”. W poszukiwaniu płyty tym razem odsyłam na sklepowe półki. Są też jeszcze resztki biletów na koncert w Krakowie, planowany na 13 lipca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz