Lullaby and... The Ceaseless Roar jest 10 solowym studyjnym albumem Roberta Planta (wokalisty legendarnego zespołu Led Zeppelin, uznanego za jednego z największych wokalistów w historii rocka) i pierwszym studyjnym z zespołem The Sensational Space Shifters.
Po zapowiadającym najnowszy krążek Planta, singlu Rainbow, spodziewałam się czegoś innego. Czego? Ciężko powiedzieć, może czegoś w stylu Dreamland, ale na pewno nie tego co nam zostało dane. A co właściwie dostaliśmy?
Również trudno opisać to jednym słowem. Najbardziej adekwatne aczkowlwiek niewyrafinowane, które przychodzi mi na myśl, to magiczny i coś w tym jest. Jednak mam mieszane uczucia co do tego albumu. Słuchając go po raz pierwszy, nie mogłam i nie chciałam uwierzyć w to co słyszę. Musiałam się poddać, nie byłam w stanie wysłuchać nawet paru piosenek. Wtedy bym powiedziała TRAGIEDIA (tak dokładnie capslockim).
Jednak postanowiłam dać Plantowi jeszcze jedną szansę, a następnie jeszcze jedną i kolejną, i kolejną. Z każdym następnym odsłuchaniem muzyka stawała się coraz bardziej przyjemna dla ucha, chociaż otwierający utówr Little Maggie, który osobiście uważam za najsłabszy z całej płyty, nadal jest momentami męczący. Lullaby jest niesamowitą mieszanką mistrzowskiego głosu Planta, bluesa, folku, rocka, bluegrassu, ciężkiego brzmienia, muzyki elektronicznej i jeszcze paru innych rzeczy, których nie jestem w stanie nazwać. Mieszanką, która o dziwo się sprawdza, przynajmniej w większości, bo wciąż pozostają dla mnie ciężkie momenty, takie jak już wspomniana wcześniej Little Maggie, Pocketful of Golden, czy Arbaden (Maggie's Baby) z elektronicznym intro, cięższym brzmieniem i afrykańskimi motywami, który przypomina mi pewien niezbyt udany koncert, na który nieszczęście miałam trafić.
Jednak na płycie znajdują się także utwory, które niezmiernie przypadły mi do gustu. A Stolen Kiss jest jednym z nich. Piękny melancholijny kawałek. Hipnotyzujący Embrace Another Fall, House of Love, czy Turn It Up pobrzmiewający jakoś tak znajomo Zeppelinami.
Plant po raz kolejny serwuje nam niezwykle ciekawy materiał, coś czego myślę się nie spodziewaliśmy. Niesamowitą mieszankę, która miejscami przypomina mi spektakularne produkcje Dead Can Dance. Suma summarum krążek polecam mimo, iż nie jest łatwą płytą, a wręcz brutalną w pierwszym starciu i potrzeba czasu, żeby ją pokochać (albo i całkowicie znienawidzić), jednak zachęcam wszystkich by dali jej szansę, bo te wysokie recenzje i miejsce wśród 50 najlepszych albumów 2014 musiały się przecież z czegoś wziąć ;D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz