Czasami w poszukiwaniu dobrej muzyki trzeba wybrać się w małą podróż w czasie. Tak właśnie było z tą płytą - żeby odsłuchać ją ponownie musiałem trochę poszperać po domowych półkach. Stało się tak między innymi dlatego, że pierwsze próby odnalezienia jej w czeluściach internetów odniosły raczej marne skutki. Może inaczej - znalazłem, ale nie było mi dane posłuchać. Firma Sony Music dzielnie stoi na straży i opiekuje się dzisiejszą płytą - znalezienie miejsca, gdzie nagrania z tej płyty nie są poblokowane wymaga trochę wysiłku. Innymi słowy robi się wszystko, żeby ktoś tej płyty nie odkrył i nie zapragnął przypadkiem, o zgrozo, kupić. Ale na razie dość o tym, przejdźmy do tego, co piękne:
Dzisiejszy bohater - Tytus Wojnowicz - jest polskim oboistą, a omawiany dziś Tytus to jego debiutancki krążek wydany w roku 1996.
Materiał
Tytus to płyta z dosyć ciekawego, choć raczej niedocenianego obszaru muzyki, jakim jest pogranicze klasyki i muzyki nowoczesnej, szczególnie rocka. Na płycie znajdziemy zarówno kompozycje ogólnie znane, jak i oryginalne, m.in. wyżej podlinkowaną Uwerturę dla M. Jest to jeden z tych utworów, w których dzieje się coś, co trudno ogarnąć czystym rozumem - za pomocą przekazu wyłącznie muzycznego możemy osiągać stan pewnego współodczuwania z kompozytorem i wykonawcami. Tak, to w pewnym sensie na pewno złudzenie, ale zdecydowanie piękne.
Taki efekt na pewno wspomagany jest niesamowitą grą na oboju, która sprawia wrażenie absolutnie bezwysiłkowej, które to wrażenie osobiście często wiążę właśnie z największym oddziaływaniem na słuchacza. Warto tej płyty słuchać z uwagą, szkoda by było odmówić sobie tych przeżyć i słuchać jej wyłącznie jako tła do pracy. Polecam też uwadze Pejzaż trochę rockowy, z tym że nie udało mi się dotrzeć w miejsce, gdzie ten utwór byłby ogólnodostępny.
Całość nagrania jest pełna bardzo stonowanych, przemyślanych aranżacji i niesamowicie poprawia nastrój słuchacza (w miarę potrzeb, rzecz jasna). Moim jedynym zastrzeżeniem jest fakt, że Letnia kołysanka nie okazała się (przynajmniej da mnie) w żadnym stopniu usypiająca. Jeśli ktoś szuka takowego nastroju, niech lepiej spróbuje Brahmsa w deszczu.
Taki efekt na pewno wspomagany jest niesamowitą grą na oboju, która sprawia wrażenie absolutnie bezwysiłkowej, które to wrażenie osobiście często wiążę właśnie z największym oddziaływaniem na słuchacza. Warto tej płyty słuchać z uwagą, szkoda by było odmówić sobie tych przeżyć i słuchać jej wyłącznie jako tła do pracy. Polecam też uwadze Pejzaż trochę rockowy, z tym że nie udało mi się dotrzeć w miejsce, gdzie ten utwór byłby ogólnodostępny.
Całość nagrania jest pełna bardzo stonowanych, przemyślanych aranżacji i niesamowicie poprawia nastrój słuchacza (w miarę potrzeb, rzecz jasna). Moim jedynym zastrzeżeniem jest fakt, że Letnia kołysanka nie okazała się (przynajmniej da mnie) w żadnym stopniu usypiająca. Jeśli ktoś szuka takowego nastroju, niech lepiej spróbuje Brahmsa w deszczu.
Technikalia
Tym razem ograniczę się tylko do ciekawostki. Słuchając tej płyty, cały czas miałem wrażenie, że dotykały jej jakieś "znajome" ręce. Po pewnym czasie nabrałem nawet przekonania, że wiem, do kogo owe ręce należą. Przeczucie się sprawdziło: jednym z producentów omawianego fonogramu, jak również kompozytorem części materiału jest niejaki Piotr Rubik.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz